Serdeczne
gratulacje z okazji zdobycia przez Pana
kolejnego ośmiotysięcznika - Makalu.
Jak czuje się człowiek, który po dwóch
nieudanych próbach w końcu osiąga tak
niecodzienny cel?
Na
Makalu mój problem psychiczny akurat
nie leżał w wierzchołku tylko w przekroczeniu
tej magicznej bariery, którą była
przełęcz Makalu La. Od tego się dwie
poprzednie wyprawy odbiły. Ja, jak
już akurat przeszedłem za to wszystko
to już właściwie, ten cały beton który
mnie usztywniał spadł bo zobaczyłem,
że teren nad tym jest łatwy, że sobie
damy radę, że w ogóle trzeba czekać
tylko na ten dzień, kiedy nie będzie
wiało, no bo jak tam wieje, to tam
nic nie pomoże. Więc w momencie kiedy
już doszliśmy znacznie wyżej, już
widzieliśmy teren nad tym wszystkim,
to ja prawdę mówiąc ...może to zabrzmi
próżnie... ale już byłem pewien, że
się udało. Może nie wszystkim, ale
na pewno ...ulga.
Czy
różnica między tą wyprawą a poprzednimi
polegała na tym, że teraz mieliście
lepszą pogodę?
Nie,
różnica polegała głównie na tym, że
ta ekipa była o wiele bardziej zdeterminowana,
jak gdyby bardziej zmotywowana do
wejścia niż poprzednie dwie. Mimo,
że w tej brał udział Rysiek Pawłowski,
który wchodził już ze mną w 1998 r.,
to wydaje mi się, że w tym roku był
tysiąc razy bardziej zmotywowany do
wejścia. I na to nałożyły się jeszcze
bardzo silna motywacja Słowaków. W
ogóle wszyscy parli do góry. Wszyscy,
którzy mieli zdrowe nogi . To właśnie
pchało wyprawę do przodu i tym się
ona różniła od poprzednich.
W
tej wyprawie brało udział sporo Polaków,
także Słowacy. Czy taki słowiański charakter
tej wyprawy miał jakieś znaczenie
O,
tak. Wyprawa miała charakter słowiański,
nawet w menu, które było serwowane
na wyprawie. I w drinkach, które się
piło, też czuło się tą słowiańszczyznę.
Ale to dobrze. Ja zresztą już od dawna
mówiłem, że ze Słowianami się świetnie
współpracuje.
Czy
ma tutaj znaczenie podobna kultura,
związki z ludźmi szczególnie widoczne
podczas pobytu w bazie, czy chodzi
bardziej o wspólne pokonywanie barier
w momencie wspinaczki?
My
jakoś podobnie traktujemy góry. Jesteśmy
wychowani na tych samych zasadach,
wzorcach. Historia nie pieściła naszych
alpinistów po `45 roku. Do roku `90
-go , kiedy został "urealniony"
kurs dolara wszyscy mieli mniej więcej
jednakowo. Więc to nas w jakiś sposób
zbliża i jednocześnie powoduje, że
mając taką samą historię czujemy góry
tak samo. Poza tym cała ekipa słowiańska
wyznawała zasadę pracy zespołowej.
Nikt nie negował tego, nie "stawał
okoniem", ani nie starał się
być indywidualistą. Po prostu wszyscy
wiedzieli, że musi pracować zespół,
bo inaczej sobie nie damy rady.
Zupełnie inaczej jest na wyprawach
Zachodnich. Tam indywidualizm poszczególnych
ludzi odgrywa ogromną rolę.
Jaki
przebieg miała wyprawa na Makalu?
Była
dosyć ciekawa, bo po pierwsze rozgrzewaliśmy
się nie w rejonie Makalu, tylko rozgrzewaliśmy
się w dolinie Solo Khumbu, na górze,
która nazywała się Island Peak. Jest
to góra rzeczywiście łatwa, bo praktycznie
jedynie przed wierzchołkiem, te ostatnie
100 metrów, trzeba mieć linę poręczową,
a nawet bez tego można byłoby się
obejść. To znaczy... dla alpinistów
jest łatwa.
Tak się rozgrzewaliśmy, na 6, 5 tys
metrów. To było dla nas znakomitym
przetarciem, pierwsze takie obycie
z wysokością.
Zejście na dół spowodowało, że w ludziach
jakby odbudowała się świeżość. Potem
przelot helikopterem do bazy. I do
dzieła! To się przełożyło bardzo dobrze
na wyniki, bo dosyć szybko założyliśmy
obóz pierwszy. No ale to był niestety
dopiero początek wyprawy, bo cały
problem polega na założeniu obozu
drugiego. Ja zdawałem sobie z tego
sprawę, że dojście do przełęczy Makalu
La, zrobienie tam drogi, to jest podstawą.
Właściwie dopiero gdy obóz jest na
przełęczy, można myśleć o tym, czy
się dojdzie do wierzchołka, czy nie.
A pogoda na Makalu była taka sobie.
Głównie wiało. Śniegu było jak na
lekarstwo. Mieliśmy troszkę tego śniegu
ale szybko był zwiewany Ale problem
polega na tym, że jak tam zaczyna
wiać, to właściwie nie ma co robić.
Namioty się kładą.
No i ten wypadek z 25 na 26 kwietnia*,
zupełnie nie potrzebny, zupełnie niespodziewany.
Było tysiąc powodów, żeby tego biwaku
nie było i tylko jeden, żeby był.
No i akurat RD wykorzystał ten jeden
z tysiąca i... . Wypadek zupełnie
dla mnie niezrozumiały. Nigdy bym
się na coś takiego nie zdecydował.
Ale być może wszystkiego nie wiem.
Wszystko jest dla mnie tajemnicą.
Nie jesteśmy w stanie tego odtworzyć.
Więc ten wypadek zaważył, dlatego,
że po pierwsze zgonił wszystkich na
dół, po drugie uświadomił niektórym,
że jednak odległość pomiędzy obozem
I i II jest cholernie długa i trzeba
lepiej do tego się przygotować. Ten
obóz musi być założony przez najlepszych,
najsilniejszych, najsprawniejszych,
a dopiero potem może ruszyć transport
rzeczy. Gdy jest lina, jest namiot,
w tym momencie człowiek ma komfort
psychiczny. Wie, że pogoda nie rozpieszcza,
ale to nie szkodzi, bo tylko jak dojdę
do namiotu, to już tam jest wszystko
w porządku. Mogę jeść, mogę pić, mogę
spać. To szalenie ważny aspekt psychologiczny.
W momencie kiedy 2 maja założyliśmy
obóz na przełęczy, to właściwie jakby
wszystkim z turkotem spadł kamień
z serca. Ale od 26 do 2 maja, no co
tu dużo mówić.. przeżyłem zupełny
horror. Właściwie sam wypadek to jest
kwestia tego "pstryknięcia palcem".
Dotyk natury. Natomiast to, co się
potem dzieje, formalności, to jest
już ta rzeczywistość, która skrzeczy.
Więc trzeba było zawiadomić wszystkich
świętych, że stało się to co się stało...
Powiem krótko: chodziło głównie o
to, żeby rodzina poszkodowanego nie
dowiedziała się o wypadku z Internetu.
I tak się dowiedziała. A robiłem wszystko...
Zablokowałem informacje na wszystkich
telefonach satelitarnych jakie były
w okolicy, odbyłem indywidualne rozmowy
z wszystkimi uczestnikami, żeby nikt
pary z gęby nie puścił zanim ta właściwa
władza do informowania, czyli ambasada
amerykańska w Nepalu, nie zawiadomi
rodziny. A i tak później odkryłem
jak to się stało. I tak wiadomość
dotarła do Internetu i brat RD`ego
się dowiedział. Było mi głupio. No
ale życie takie scenariusze tworzy...
Nie wiadomo...
No ale po tym wszystkim jakby wszystko
ruszyło. Mnie najbardziej buduje tutaj
fakt, że wśród tych ludzi, z których
większość to byli ludzie z rodziną,
z pozycją społeczną, czyli ludzie
którzy mają dużo do stracenia, to
jednak nie było czegoś takiego - "Wracamy!"-
Nie! Wszyscy mówili - "Nie, absolutnie.
Jedziemy do końca." - I to był
właśnie ten duch, na którego liczyłem,
że on podniesie wyprawę. I ja myślę,
że tutaj RD wykonał ogromną robotę
pośmiertną. Scementował jeszcze bardziej
ten zespół. Potem poszło jak z płatka.
Czekaliśmy tylko na dobrą pogodę.
I doczekaliśmy się.
Jak
wygląda samo wejście na szczyt?
W
ogóle ten dzień wyglądał dość dziwnie.
Ci, którzy mieli się czuć dobrze czuli
się źle, natomiast ci, którzy się
czuli tego dnia świetnie, poprzedniego
dnia czuli się nienajlepiej. Ja, na
przykład poprzedniego dnia, dochodząc
do obozu narzuciłem sobie bardzo duże
tempo. Spóźniłem się z wyjściem z
obozu drugiego. Moi koledzy już gdzieś
niknęli mi z oczu. Jest we mnie taki
instynkt wilka biegnącego za zającem.
Jak mam przed sobą kogoś to po prostu
za nim pędzę. No i goniłem ich, goniłem,
dogoniłem, a zapłaciłem za to cholerycznym
bólem głowy. Zwyczajnie nie dotleniłem
organizmu. Przy czym miałem troszkę
ciężki plecak i to wszystko spowodowało,
że doszedłem z jęzorem na wierzchu
i cały czas miałem ogromny ból głowy.
Bałem się brać proszki przeciwbólowe
bo na tej wysokości mogą one różnie
działać. Męczyłem się tak do 10 wieczorem.
Natomiast inni czuli się świetnie.
Następnego dnia okazało się, że ja
jestem świeży jak skowronek, no a
inni troszkę gorzej. Na szczęście
dostaliśmy prognozę pogody, że 16-ego
i 17-ego są dwa dni, w których krzywa
wiatru spada praktycznie do zera.
Wiatr miał być w granicach 30 do 50
km/h. To jest wiatr akceptowalny na
grani. Jak wieje 80, 90 to już jest
na granicy zdmuchnięcia, no a 100
to już jest "po grani".
Koniec. Więc mieliśmy dwa dni szans.
I co się okazało? Że w tym rejonie
Mount Everest - Lotse - Makalu wszyscy
byli naszykowani na te dni. Kiedy
teraz spojrzy się w Internecie na
relację z wszystkich wypraw, to tam
jest: 16-17, 16-17, 15-16-17. Po prostu
wszystkie wejścia były w tych trzech
dniach. Bo to był jedyny okres czasu,
kiedy rzeczywiście była fajna pogoda.
15-go
podobno 54 osoby weszły na Mount Everest!
Tak,
tak... To słabnięcie wiatru szło właśnie
od Everestu. Jeszcze 15-go mieliśmy
dosyć silny wiatr w naszym rejonie,
a 16-go już była cisza.
Wystartowaliśmy bardzo dziwnie. Szwajcarzy
wyszli koło 2 w nocy. Ja po tym bólu
głowy nie mogłem się absolutnie docucić.
Moi koledzy wyszli koło 4. Rysiek
Pawłowski wyszedł o 5, a ja wyszedłem
o 6 rano. I to już było grubo, grubo
za późno. To był mój pech. To znaczy
wyszedłbym z Ryśkiem o 5, ale gdy
już sobie te wszystkie przyrządy na
siebie pozakładałem, raki i inne rzeczy,
to się okazało, że niestety muszę
iść do toalety, a to jest rozbieranie
się z wszystkiego po kolei, potem
zakładanie tego jeszcze raz od początku.
Oczywiście marzną łapy i w ogóle...
To zajęło godzinę czasu. Wyszedłem
o 6 i potem goniłem ten peleton. Ale
gdy już dogoniłem pierwszego, który
był przede mną, to już wiedziałem,
że góra jest moja, że już nic się
nie może wydarzyć. Tylko największe
trudności techniczne tej góry są na
samym końcu. To jest odcinek 50 m
między przedwierzchołkiem a wierzchołkiem
i wejście na turnię przedwierzchołkową.
Jak się tam spadnie to się nie ma
gdzie zatrzymać, miejsca do lecenia
jest z ... 500 - 600 metrów. To z
tego miejsca przeważnie ludzie spadają.
Tam trzeba delikatnie, bardzo uważać,
asekurować się, starannie iść. A sam
wierzchołek... w ogóle bajka! Po prostu
w pewnym momencie to jest piramida,
na samym końcu ma ze 30 cm długości.
Tam można czekan wbić, albo usiąść
okrakiem na tym wierzchołku, no bo
właściwie nie ma innego wyjścia. Wierzchołek
jest absolutnie synonimem góry.
Jakie
znaczenie mają zdobycze techniki,
np. telefony satelitarne, helikoptery,
z których korzystacie? Jakie ma to
znaczenie przy planowaniu i realizacji
takiej wyprawy?
Ono
ma znaczenie głównie pomocnicze, bo
Alpinista, który ma duże doświadczenie
i tak opiera się na instynkcie i swoim
doświadczeniu, a nie na prognozach
pogody, na których można się nieźle
przejechać. Ale to wszystko pomaga
skupić wysiłek na tych kilku bardzo
ważnych dniach.
Helikopter pozwala uniknąć czegoś,
co może być szkodliwe dla zdrowia,
mianowicie przejścia przez tropikalne
odcinki lasu. Schodząc z doliny Solo
Khumbu doszliśmy do wysokości 2800
m i nie schodząc już niżej zostaliśmy
przetransportowani od razu na 4500
m. Znieśliśmy to doskonale. To pomaga
bardzo, ale to nie jest decydujące.
Decydujące jest jednak to, czy ludzie
mają doświadczenie, czy mają odpowiednią
determinację i motywację. Obok naszej
wyprawy są wyprawy biedniejsze, które
tego sprzętu nie używają i też sobie
radzą.
Natomiast telefon ogólnie rzecz biorąc
ma znaczenie psychologiczne. Ludzie
kiedy mogą się raz na jakiś czas -
oczywiście to trzeba im dozować, żeby
się nie przyzwyczaili - porozumieć
z domem, usłyszeć swoich bliskich
to ich to bardzo motywuje. I tamci
też są spokojniejsi. To działa również
w drugą stronę, bo jak jest wypadek....
Generalnie uważam, że to jest przyrząd,
który umiejętnie przez kierownika
dozowany pozwala utrzymać wysoki stan
adrenaliny, takiego pozytywnego rozbudzenia
u ludzi
A
jak wygląda samo przygotowywanie,
budowanie sobie zaplecza już tam na
miejscu?
Wyprawy
w tej chwili buduje się tak, że musi
ona przywieźć albo przynajmniej posiadać
w Nepalu tzw. wyposażenie "powyżej
bazy". Do bazy zazwyczaj wynajmuję
agencję, albo ludzi, którzy mi to
wszystko robią. To jest taka usługa,
którą się już w Nepalu kupuje. Bo
to jest znacznie łatwiejsze. Po pierwsze
dajemy tam rynek pracy, a po drugie
oni rozwiązują za nas problemy, które
dla nas byłyby bardzo długotrwałe.
Więc tak do bazy to właściwie cała
organizacja kuchni, zaopatrzenia,
to wszystko jest organizowane przez
Nepalczyków. Natomiast my musimy sobie
zorganizować wszystko powyżej bazy
tzn. ściągnąć namioty, liny, sprzęt
asekuracyjny, żywność, gaz, itd.,
itd. To jest nasza robota.
I to samo z transportem. Ja się zdaję
całkowicie na agencję, która mi załatwia
transport. No i tu jest druga cecha
pozytywna telefonu. On pozwala modyfikować
plany błyskawicznie. Kiedyś było tak,
że jeśli wyprawa przedłużała swą działalność,
to musiała wysłać tzn. mail runnera
który biegł z listem, zanosił raport,
wracał z tym wszystkim, z odpowiedzią.
Czyli trzeba było już planować ze
dwa, trzy tygodnie wcześniej, że się
przedłuży wyprawa, albo skróci. A
teraz to jest w zasadzie 48 godzin.
Z dnia na dzień można załatwić transport.
To jest łatwiejsze, ale to w niczym
nie wpływa na wysiłek alpinistów,
to nie ma żadnego przełożenia. To
jest tylko wygoda...
Jaka
będzie następna góra?
Teraz
się szykuję na Manastu i na Broad
Peak. Byłoby idealnie gdyby to były
te dwie wyprawy, ale być może będzie
tylko jedna. Mam jeszcze drugi projekt.
Chciałem z moimi przyjaciółmi wejść
na Mustagata, to góra w Chinach -
7,5 tys. m. Chcemy tam wejść i zjechać
na nartach...
Serdecznie
dziękujemy za czas poświęcony nam
i naszym czytelnikom. Życzymy by projekt
Trzy Korony jak najszybciej doprowadził
Pan do szczęśliwego końca. Do zobaczenia
po następnej wyprawie.
*
w nocy z 25 na 26 kwietnia zginął
uczestnik wyprawy amerykański alpinista
Raymond David Caughrone
|