HOME FIRMA RELACJE INWESTORSKIE OFERTA KATALOG/SKLEP DOWNLOAD KONTAKT
  O FIRMIE
  MISJA
  POLITYKA JAKOŚCI
  HISTORIA
  PRODUKCJA
  ORGANIZACJA SPRZEDAŻY
  SPACER PO FIRMIE
  MARKETING
  PUBLIC RELATIONS
  PRACA
   
 
 
PIOTR PUSTELNIK - MAKALU
wywiad z dnia 20 lipca 2002r dla TECHNIKI RUCHU
 
Serdeczne gratulacje z okazji zdobycia przez Pana kolejnego ośmiotysięcznika - Makalu. Jak czuje się człowiek, który po dwóch nieudanych próbach w końcu osiąga tak niecodzienny cel?

Na Makalu mój problem psychiczny akurat nie leżał w wierzchołku tylko w przekroczeniu tej magicznej bariery, którą była przełęcz Makalu La. Od tego się dwie poprzednie wyprawy odbiły. Ja, jak już akurat przeszedłem za to wszystko to już właściwie, ten cały beton który mnie usztywniał spadł bo zobaczyłem, że teren nad tym jest łatwy, że sobie damy radę, że w ogóle trzeba czekać tylko na ten dzień, kiedy nie będzie wiało, no bo jak tam wieje, to tam nic nie pomoże. Więc w momencie kiedy już doszliśmy znacznie wyżej, już widzieliśmy teren nad tym wszystkim, to ja prawdę mówiąc ...może to zabrzmi próżnie... ale już byłem pewien, że się udało. Może nie wszystkim, ale na pewno ...ulga.

Czy różnica między tą wyprawą a poprzednimi polegała na tym, że teraz mieliście lepszą pogodę?

Nie, różnica polegała głównie na tym, że ta ekipa była o wiele bardziej zdeterminowana, jak gdyby bardziej zmotywowana do wejścia niż poprzednie dwie. Mimo, że w tej brał udział Rysiek Pawłowski, który wchodził już ze mną w 1998 r., to wydaje mi się, że w tym roku był tysiąc razy bardziej zmotywowany do wejścia. I na to nałożyły się jeszcze bardzo silna motywacja Słowaków. W ogóle wszyscy parli do góry. Wszyscy, którzy mieli zdrowe nogi . To właśnie pchało wyprawę do przodu i tym się ona różniła od poprzednich.

W tej wyprawie brało udział sporo Polaków, także Słowacy. Czy taki słowiański charakter tej wyprawy miał jakieś znaczenie

O, tak. Wyprawa miała charakter słowiański, nawet w menu, które było serwowane na wyprawie. I w drinkach, które się piło, też czuło się tą słowiańszczyznę. Ale to dobrze. Ja zresztą już od dawna mówiłem, że ze Słowianami się świetnie współpracuje.

Czy ma tutaj znaczenie podobna kultura, związki z ludźmi szczególnie widoczne podczas pobytu w bazie, czy chodzi bardziej o wspólne pokonywanie barier w momencie wspinaczki?

My jakoś podobnie traktujemy góry. Jesteśmy wychowani na tych samych zasadach, wzorcach. Historia nie pieściła naszych alpinistów po `45 roku. Do roku `90 -go , kiedy został "urealniony" kurs dolara wszyscy mieli mniej więcej jednakowo. Więc to nas w jakiś sposób zbliża i jednocześnie powoduje, że mając taką samą historię czujemy góry tak samo. Poza tym cała ekipa słowiańska wyznawała zasadę pracy zespołowej. Nikt nie negował tego, nie "stawał okoniem", ani nie starał się być indywidualistą. Po prostu wszyscy wiedzieli, że musi pracować zespół, bo inaczej sobie nie damy rady.
Zupełnie inaczej jest na wyprawach Zachodnich. Tam indywidualizm poszczególnych ludzi odgrywa ogromną rolę.

Jaki przebieg miała wyprawa na Makalu?

Była dosyć ciekawa, bo po pierwsze rozgrzewaliśmy się nie w rejonie Makalu, tylko rozgrzewaliśmy się w dolinie Solo Khumbu, na górze, która nazywała się Island Peak. Jest to góra rzeczywiście łatwa, bo praktycznie jedynie przed wierzchołkiem, te ostatnie 100 metrów, trzeba mieć linę poręczową, a nawet bez tego można byłoby się obejść. To znaczy... dla alpinistów jest łatwa.
Tak się rozgrzewaliśmy, na 6, 5 tys metrów. To było dla nas znakomitym przetarciem, pierwsze takie obycie z wysokością.
Zejście na dół spowodowało, że w ludziach jakby odbudowała się świeżość. Potem przelot helikopterem do bazy. I do dzieła! To się przełożyło bardzo dobrze na wyniki, bo dosyć szybko założyliśmy obóz pierwszy. No ale to był niestety dopiero początek wyprawy, bo cały problem polega na założeniu obozu drugiego. Ja zdawałem sobie z tego sprawę, że dojście do przełęczy Makalu La, zrobienie tam drogi, to jest podstawą. Właściwie dopiero gdy obóz jest na przełęczy, można myśleć o tym, czy się dojdzie do wierzchołka, czy nie. A pogoda na Makalu była taka sobie. Głównie wiało. Śniegu było jak na lekarstwo. Mieliśmy troszkę tego śniegu ale szybko był zwiewany Ale problem polega na tym, że jak tam zaczyna wiać, to właściwie nie ma co robić. Namioty się kładą.
No i ten wypadek z 25 na 26 kwietnia*, zupełnie nie potrzebny, zupełnie niespodziewany. Było tysiąc powodów, żeby tego biwaku nie było i tylko jeden, żeby był. No i akurat RD wykorzystał ten jeden z tysiąca i... . Wypadek zupełnie dla mnie niezrozumiały. Nigdy bym się na coś takiego nie zdecydował. Ale być może wszystkiego nie wiem. Wszystko jest dla mnie tajemnicą. Nie jesteśmy w stanie tego odtworzyć.
Więc ten wypadek zaważył, dlatego, że po pierwsze zgonił wszystkich na dół, po drugie uświadomił niektórym, że jednak odległość pomiędzy obozem I i II jest cholernie długa i trzeba lepiej do tego się przygotować. Ten obóz musi być założony przez najlepszych, najsilniejszych, najsprawniejszych, a dopiero potem może ruszyć transport rzeczy. Gdy jest lina, jest namiot, w tym momencie człowiek ma komfort psychiczny. Wie, że pogoda nie rozpieszcza, ale to nie szkodzi, bo tylko jak dojdę do namiotu, to już tam jest wszystko w porządku. Mogę jeść, mogę pić, mogę spać. To szalenie ważny aspekt psychologiczny. W momencie kiedy 2 maja założyliśmy obóz na przełęczy, to właściwie jakby wszystkim z turkotem spadł kamień z serca. Ale od 26 do 2 maja, no co tu dużo mówić.. przeżyłem zupełny horror. Właściwie sam wypadek to jest kwestia tego "pstryknięcia palcem". Dotyk natury. Natomiast to, co się potem dzieje, formalności, to jest już ta rzeczywistość, która skrzeczy. Więc trzeba było zawiadomić wszystkich świętych, że stało się to co się stało... Powiem krótko: chodziło głównie o to, żeby rodzina poszkodowanego nie dowiedziała się o wypadku z Internetu. I tak się dowiedziała. A robiłem wszystko... Zablokowałem informacje na wszystkich telefonach satelitarnych jakie były w okolicy, odbyłem indywidualne rozmowy z wszystkimi uczestnikami, żeby nikt pary z gęby nie puścił zanim ta właściwa władza do informowania, czyli ambasada amerykańska w Nepalu, nie zawiadomi rodziny. A i tak później odkryłem jak to się stało. I tak wiadomość dotarła do Internetu i brat RD`ego się dowiedział. Było mi głupio. No ale życie takie scenariusze tworzy... Nie wiadomo...
No ale po tym wszystkim jakby wszystko ruszyło. Mnie najbardziej buduje tutaj fakt, że wśród tych ludzi, z których większość to byli ludzie z rodziną, z pozycją społeczną, czyli ludzie którzy mają dużo do stracenia, to jednak nie było czegoś takiego - "Wracamy!"- Nie! Wszyscy mówili - "Nie, absolutnie. Jedziemy do końca." - I to był właśnie ten duch, na którego liczyłem, że on podniesie wyprawę. I ja myślę, że tutaj RD wykonał ogromną robotę pośmiertną. Scementował jeszcze bardziej ten zespół. Potem poszło jak z płatka. Czekaliśmy tylko na dobrą pogodę. I doczekaliśmy się.

Jak wygląda samo wejście na szczyt?

W ogóle ten dzień wyglądał dość dziwnie. Ci, którzy mieli się czuć dobrze czuli się źle, natomiast ci, którzy się czuli tego dnia świetnie, poprzedniego dnia czuli się nienajlepiej. Ja, na przykład poprzedniego dnia, dochodząc do obozu narzuciłem sobie bardzo duże tempo. Spóźniłem się z wyjściem z obozu drugiego. Moi koledzy już gdzieś niknęli mi z oczu. Jest we mnie taki instynkt wilka biegnącego za zającem. Jak mam przed sobą kogoś to po prostu za nim pędzę. No i goniłem ich, goniłem, dogoniłem, a zapłaciłem za to cholerycznym bólem głowy. Zwyczajnie nie dotleniłem organizmu. Przy czym miałem troszkę ciężki plecak i to wszystko spowodowało, że doszedłem z jęzorem na wierzchu i cały czas miałem ogromny ból głowy. Bałem się brać proszki przeciwbólowe bo na tej wysokości mogą one różnie działać. Męczyłem się tak do 10 wieczorem. Natomiast inni czuli się świetnie.
Następnego dnia okazało się, że ja jestem świeży jak skowronek, no a inni troszkę gorzej. Na szczęście dostaliśmy prognozę pogody, że 16-ego i 17-ego są dwa dni, w których krzywa wiatru spada praktycznie do zera. Wiatr miał być w granicach 30 do 50 km/h. To jest wiatr akceptowalny na grani. Jak wieje 80, 90 to już jest na granicy zdmuchnięcia, no a 100 to już jest "po grani". Koniec. Więc mieliśmy dwa dni szans. I co się okazało? Że w tym rejonie Mount Everest - Lotse - Makalu wszyscy byli naszykowani na te dni. Kiedy teraz spojrzy się w Internecie na relację z wszystkich wypraw, to tam jest: 16-17, 16-17, 15-16-17. Po prostu wszystkie wejścia były w tych trzech dniach. Bo to był jedyny okres czasu, kiedy rzeczywiście była fajna pogoda.

15-go podobno 54 osoby weszły na Mount Everest!

Tak, tak... To słabnięcie wiatru szło właśnie od Everestu. Jeszcze 15-go mieliśmy dosyć silny wiatr w naszym rejonie, a 16-go już była cisza.
Wystartowaliśmy bardzo dziwnie. Szwajcarzy wyszli koło 2 w nocy. Ja po tym bólu głowy nie mogłem się absolutnie docucić. Moi koledzy wyszli koło 4. Rysiek Pawłowski wyszedł o 5, a ja wyszedłem o 6 rano. I to już było grubo, grubo za późno. To był mój pech. To znaczy wyszedłbym z Ryśkiem o 5, ale gdy już sobie te wszystkie przyrządy na siebie pozakładałem, raki i inne rzeczy, to się okazało, że niestety muszę iść do toalety, a to jest rozbieranie się z wszystkiego po kolei, potem zakładanie tego jeszcze raz od początku. Oczywiście marzną łapy i w ogóle... To zajęło godzinę czasu. Wyszedłem o 6 i potem goniłem ten peleton. Ale gdy już dogoniłem pierwszego, który był przede mną, to już wiedziałem, że góra jest moja, że już nic się nie może wydarzyć. Tylko największe trudności techniczne tej góry są na samym końcu. To jest odcinek 50 m między przedwierzchołkiem a wierzchołkiem i wejście na turnię przedwierzchołkową. Jak się tam spadnie to się nie ma gdzie zatrzymać, miejsca do lecenia jest z ... 500 - 600 metrów. To z tego miejsca przeważnie ludzie spadają. Tam trzeba delikatnie, bardzo uważać, asekurować się, starannie iść. A sam wierzchołek... w ogóle bajka! Po prostu w pewnym momencie to jest piramida, na samym końcu ma ze 30 cm długości. Tam można czekan wbić, albo usiąść okrakiem na tym wierzchołku, no bo właściwie nie ma innego wyjścia. Wierzchołek jest absolutnie synonimem góry.

Jakie znaczenie mają zdobycze techniki, np. telefony satelitarne, helikoptery, z których korzystacie? Jakie ma to znaczenie przy planowaniu i realizacji takiej wyprawy?

Ono ma znaczenie głównie pomocnicze, bo Alpinista, który ma duże doświadczenie i tak opiera się na instynkcie i swoim doświadczeniu, a nie na prognozach pogody, na których można się nieźle przejechać. Ale to wszystko pomaga skupić wysiłek na tych kilku bardzo ważnych dniach.
Helikopter pozwala uniknąć czegoś, co może być szkodliwe dla zdrowia, mianowicie przejścia przez tropikalne odcinki lasu. Schodząc z doliny Solo Khumbu doszliśmy do wysokości 2800 m i nie schodząc już niżej zostaliśmy przetransportowani od razu na 4500 m. Znieśliśmy to doskonale. To pomaga bardzo, ale to nie jest decydujące. Decydujące jest jednak to, czy ludzie mają doświadczenie, czy mają odpowiednią determinację i motywację. Obok naszej wyprawy są wyprawy biedniejsze, które tego sprzętu nie używają i też sobie radzą.
Natomiast telefon ogólnie rzecz biorąc ma znaczenie psychologiczne. Ludzie kiedy mogą się raz na jakiś czas - oczywiście to trzeba im dozować, żeby się nie przyzwyczaili - porozumieć z domem, usłyszeć swoich bliskich to ich to bardzo motywuje. I tamci też są spokojniejsi. To działa również w drugą stronę, bo jak jest wypadek.... Generalnie uważam, że to jest przyrząd, który umiejętnie przez kierownika dozowany pozwala utrzymać wysoki stan adrenaliny, takiego pozytywnego rozbudzenia u ludzi

A jak wygląda samo przygotowywanie, budowanie sobie zaplecza już tam na miejscu?

Wyprawy w tej chwili buduje się tak, że musi ona przywieźć albo przynajmniej posiadać w Nepalu tzw. wyposażenie "powyżej bazy". Do bazy zazwyczaj wynajmuję agencję, albo ludzi, którzy mi to wszystko robią. To jest taka usługa, którą się już w Nepalu kupuje. Bo to jest znacznie łatwiejsze. Po pierwsze dajemy tam rynek pracy, a po drugie oni rozwiązują za nas problemy, które dla nas byłyby bardzo długotrwałe. Więc tak do bazy to właściwie cała organizacja kuchni, zaopatrzenia, to wszystko jest organizowane przez Nepalczyków. Natomiast my musimy sobie zorganizować wszystko powyżej bazy tzn. ściągnąć namioty, liny, sprzęt asekuracyjny, żywność, gaz, itd., itd. To jest nasza robota.
I to samo z transportem. Ja się zdaję całkowicie na agencję, która mi załatwia transport. No i tu jest druga cecha pozytywna telefonu. On pozwala modyfikować plany błyskawicznie. Kiedyś było tak, że jeśli wyprawa przedłużała swą działalność, to musiała wysłać tzn. mail runnera który biegł z listem, zanosił raport, wracał z tym wszystkim, z odpowiedzią. Czyli trzeba było już planować ze dwa, trzy tygodnie wcześniej, że się przedłuży wyprawa, albo skróci. A teraz to jest w zasadzie 48 godzin. Z dnia na dzień można załatwić transport. To jest łatwiejsze, ale to w niczym nie wpływa na wysiłek alpinistów, to nie ma żadnego przełożenia. To jest tylko wygoda...

Jaka będzie następna góra?

Teraz się szykuję na Manastu i na Broad Peak. Byłoby idealnie gdyby to były te dwie wyprawy, ale być może będzie tylko jedna. Mam jeszcze drugi projekt. Chciałem z moimi przyjaciółmi wejść na Mustagata, to góra w Chinach - 7,5 tys. m. Chcemy tam wejść i zjechać na nartach...

Serdecznie dziękujemy za czas poświęcony nam i naszym czytelnikom. Życzymy by projekt Trzy Korony jak najszybciej doprowadził Pan do szczęśliwego końca. Do zobaczenia po następnej wyprawie.

* w nocy z 25 na 26 kwietnia zginął uczestnik wyprawy amerykański alpinista Raymond David Caughrone

 
wywiad przeprowadzili i opracowali Roland Przedborski i Łukasz Klimczak
 
powrót na początek strony | powrót do działu PUBLIC RELATIONS
 
home | firma | relacje inwestorskie | oferta | katalog/sklep | download | kontakt | e-mail
Designed by COMPLEX 2003