HOME FIRMA RELACJE INWESTORSKIE OFERTA KATALOG/SKLEP DOWNLOAD KONTAKT
  O FIRMIE
  MISJA
  POLITYKA JAKOŚCI
  HISTORIA
  PRODUKCJA
  ORGANIZACJA SPRZEDAŻY
  SPACER PO FIRMIE
  MARKETING
  PUBLIC RELATIONS
  PRACA
   
 
 
PIOTR PUSTELNIK - KANDŻENDZONGA 2001
wywiad z dnia 19 czerwca 2001r dla TECHNIKI RUCHU
 
- Gratulujemy dziesiątego ośmiotysięcznika w Koronie Himalajów. Jest Pan trzecim Polakiem po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim, który stanął na szczycie tej góry. Jakie to uczucie?

- Powoli zaczyna docierać do mnie świadomość tego, co się stało... i tego, co mogło się stać... Mieliśmy szczęście. Spełniło się nasze marzenie.

- Jaki przebieg miała wyprawa na Kanczendzongę i czy warunki były sprzyjające?

- Każda wyprawa w Himalaje zaczyna się w punkcie startowym, którym jest Katmandu. Ze stolicy Nepalu zawsze podążamy dalej - na północ, jeśli wybieramy się w okolice Makalu lub Everestu, albo na wschód - tak jak my tym razem - w stronę Pięciu Skarbnic Wielkiego Śniegu, - czyli Kanczendzongi, - która oddalona jest w linii prostej o około 800 km od Katmandu. Rejon Kanczendzongi jest odległy, słabo zaludniony. Przez dłuższy czas nie ma się tam w ogóle kontaktu z ludźmi. Gdy w okolicy jest kilka wypraw, uczucie samotności jest niwelowane pewnym poziomem życia towarzyskiego w obozie. My jednak byliśmy jedyną wyprawą w okolicy Kanczendzongi - ani od strony wschodniej czy północnej, ani też od strony południowo-zachodniej, gdzie my działaliśmy, nie było nikogo. Osiem osób twarzą w twarz z Kanczendzongą.

- Jak wyglądała trasa wyprawy?

- Z Katmandu dojechaliśmy autobusem do miejscowości Jiri, stamtąd helikopterem dolecieliśmy do miejsca oddalonego o około 200 km od Jiri. Helikopter wylądował w Ramser. Nie jest to żadna miejscowość - raczej punkt geograficzny na wysokości 4300m. Tam spotkaliśmy się z grupą tragarzy nepalskich, którzy przebywali w tym miejscu od dwóch dni z pozostałą częścią bagażu. W Ramser zatrzymaliśmy się na 3-4 dni, aby przejść proces aklimatyzacji. Transport bagażu z Ramser do bazy trwał 8 dni. Weszliśmy na wysokość 5300 m i tam zobaczyliśmy w pełnej krasie cyrk lodowy Kanczendzongi. W tym miejscu kończy się dolina. Bazę ze wszystkich stron otaczały wysokie góry.

- Jaką taktykę wspinania przyjęliście?

- Początkowo nasza wyprawa miała charakter oblężniczy. W górę wychodziły zespoły - podzieliliśmy się na dwa zespoły trzyosobowe i jeden dwuosobowy. Jak wygląda działalność takich zespołów? Zespoły wychodzą w górę, wnoszą sprzęt, jedzenie, torują drogę. Śpią w górze jedną noc, zdobywają tam aklimatyzację i wracają do bazy. Wychodziliśmy średnio po 4 razy do góry.

Bardzo długo nie mogliśmy założyć obozu pierwszego - warunki pogodowe były bardzo ciężkie. Codziennie padał śnieg. Parę razy były tak wielkie opady, że musieliśmy zrobić przerwy we wspinaniu, bo było niebezpieczeństwo, że lawiny nas po prostu pozabijają.

Góra, gdy się na nią spojrzy, z pozoru wygląda na niezbyt trudną. Tymczasem okazuje się, że lodowiec jest bardzo zdradliwy, uszczeliniony do tego stopnia, że chodziliśmy związani liną dla bezpieczeństwa. Tam gdzie wydawało się, że jest łatwo, były zagrożenia ze strony spadających lawin śnieżnych lub lodowych. Góra ma bardzo duże nagromadzenie niebezpieczeństw. Cała trudność Kanczendzongi polega na tym, że jest ona zdradliwa, podpuszcza - wygląda łatwo na pierwszy rzut oka, a potem dopiero okazuje się, że jest ciężko.

Druga sprawa - byliśmy sami. Cała praca związana z zabezpieczeniem drogi spadła na osiem osób, potem na sześć, bo dwie osoby wycofały się w trakcie wyprawy.

- Kiedy założony został pierwszy obóz?

- Jeszcze w kwietniu (27 kwietnia) założyliśmy obóz I. Potem, po trzech próbach, 3 maja udało nam się założyć obóz II - dość wysoko - na 7100 m. Wtedy nasza taktyka oblężnicza załamała się zupełnie. Od II obozu wchodziliśmy na szczyt w stylu alpejskim - niosąc ze sobą namiot i rozstawiając biwaki. Taktyka ta jest dość trudna dla uczestników. Wymaga szybkiej aklimatyzacji, nie ma w niej czasu na powrót, odpoczynek.

- Skąd ta zmiana taktyki?

- Gonił nas czas. Wiedzieliśmy, że 22 maja musimy wyjść z bazy. Do tego czasu musieliśmy wejść na górę, wrócić i czekać w bazie spakowani i przygotowani. 13 maja wiedzieliśmy już, że nie mamy czasu na zakładanie obozu III i następnych. Musieliśmy przejść w stylu alpejskim przez te śniegi. A im wyżej, tym śniegu było więcej. Temperatura utrzymywała się cały czas ujemna. Podczas wejścia szczytowego śniegu było po kolana, a czasem nawet po pas. 13 maja mieliśmy biwak na wysokości 7500 m w głębokiej szczelinie lodowcowej, w której przysypywały nas drobne lawiny. W nocy z 14/15 maja założyliśmy kolejny biwak na wysokości 7900 m. Stamtąd doszliśmy do wierzchołka. Widoczność była kiepska, panowała mgła. Nie weszliśmy na sam wierzchołek - zatrzymaliśmy się tuż pod nim. Wierzenia tubylców nakazują zatrzymać się przed wierzchołkiem, aby nie zakłócać spokoju bogów mających swą siedzibę na górze. Uszanowaliśmy tę tradycję i zatrzymaliśmy się w turniach podszczytowych. Nie naruszyliśmy integralności siedziby bogów. Wraz ze mną do szczytu dotarli: Martin Schmidt, Brian Duthiers i Gonzalez Velez.

- Jak ocenia Pan poziom trudności Kanczendzongi w porównaniu z innymi szczytami projektu Trzy Korony, które jeszcze Pana czekają?

- Myślę, że jest to punkt zwrotny w zdobywaniu Himalajów. Dwie góry, które na mnie jeszcze czekają znam już dobrze. Byłem tam i odbiłem się od nich. Dwie pozostałe są niższe - mają trochę ponad 8000 m - i myślę, że nie sprawią mi kłopotu. Podstawą do zdobycia Korony Himalajów jest pięć szczytów: Mount Everest, K2, Lhotse, Kanczendzonga i Makalu. Z tej piątki pozostało mi tylko Makalu. Kanczendzonga jest moim 10 ośmiotysięcznikiem w Himalajach. Myślę, że była to wyprawa przełomowa dla projektu Trzy Korony i mam nadzieję, że od tego momentu będzie już łatwiej.

- Skąd taki międzynarodowy skład wyprawy? Czy przyczyną jest brak młodych alpinistów w Polsce?

- Rzeczywiście, himalaistów w Polsce z wystarczająco dobrym doświadczeniem, takich, którzy mogą mieć szansę wejścia na Kanczendzongę, jest niewielu. Aby tam wejść trzeba mieć spore doświadczenie, obycie alpinistyczne. Po drugie - moi koledzy mogą mieć swoje plany, niekoniecznie zbieżne z moimi. Po trzecie - łatwiej jest zebrać międzynarodowy skład z prostej przyczyny - dla przeciętnego Amerykanina czy Szwajcara znalezienie sumy 7-8 tysięcy dolarów nie jest tak wielkim problemem, jakim jest dla mnie czy moich kolegów. Jest tu bariera finansowa. Jestem przekonany, że gdyby nie ta bariera polski himalaizm miałby bogatszą reprezentację. Zdolnych ludzi jest sporo. Sprawa pieniędzy ucina tę ilość.

- Czy sprawdził się pomysł werbowania uczestników przez Internet? Czy znał Pan ich wcześniej?

- Rzeczywiście, wszystkich uczestników zwerbowałem przez Internet. Była to wyprawa w 100% internetowa. Dwóch uczestników znałem. Reszty nie. Miałem na początku pewne obawy, choć wiedziałem mniej więcej z kim mam do czynienia. Sprawdziłem, kim są ci ludzie i jakie mają dokonania w górach zanim odpowiedziałem im pozytywnie. Wiedziałem, że mam dobrych, sprawdzonych alpinistów. Teraz takich wypraw organizowanych przy pomocy Internetu jest coraz więcej. Myślę, że to jest przyszłość. Choć np. Japończycy, Koreańczycy organizują tylko wyprawy narodowe.

- Swój pierwszy ośmiotysięcznik zdobył Pan podczas wyprawy z Wandą Rutkiewicz. Rutkiewicz zginęła właśnie na Kanczendzondze. Czy wspomnienie o tym nie sprawiło, że bał się Pan tej góry bardziej niż innych?

- Na początku rzeczywiście trochę się bałem. Po raz pierwszy o Kanczendzondze zacząłem myśleć jakieś 3-4 lata temu. Wtedy myślałem, że zostawię ją sobie na sam koniec. Potem, po około 2 latach stwierdziłem, że trzeba jednak wejść na Kanczendzongę najpierw. I wtedy świadomość tego, że na tej górze została Wanda nie przeszkadzała mi już. Byliśmy przyjaciółmi i jest to dość bolesne wspomnienie, ale z drugiej strony - minęło już osiem lat. Na tej górze zostało wielu dobrych alpinistów i ta świadomość była bardziej mobilizująca do tego, aby dać z siebie wszystko.

- Jaka jest motywacja do takich wypraw? Skąd pomysł na projekt Trzy Korony?

- Oceniłem, że zdobycie tych brakujących szczytów zajmie mi trzy lata. Okazuje się, że trwa to już dwa, a w sumie zajmie pięć. Dlaczego Trzy Korony? Dlatego, że nikt na świecie tego jeszcze nie zrobił! Wiem, że podobny projekt - ale tylko dwóch koron - robi Słoweniec Stepen B..... Zobaczymy, który z nas wygra. A motywacja... Wewnętrzna potrzeba. Poza tym himalaizm to nie tylko wyzwanie sportowe - to wspaniała przygoda, poznawanie różnych kultur, ludzi regionów. To jest bardzo motywujące.

- Są alpiniści, których jedynym celem jest tylko wejście na górę...

- Owszem, są. Ale dla mnie bardzo ważny jest również aspekt poznawczy. Często samo wejście na górę jest sformatowane, czynności są powtarzalne. Oczywiście wyszukiwanie trasy wejścia też jest kreatywne, ale sam pobyt w okolicy często jest ciekawszy od wspinania. Jest to czas, kiedy przebywamy w sferze zupełnie innej tradycji, kultury, religii, wartości. Inne jest tempo życia, mentalność. Nie mówię już o samej przyrodzie, która jest wspaniała.

- Realizacja projekty Trzy Korony jeszcze trochę potrwa. Czy myśli Pan o tym, co będzie dalej?

- Na pewno będzie coś ciekawego. Nie mam zamiaru nagle zniknąć. Nie będzie łatwo wyjść nagle z tak szybkiego tempa życia. Na pewno nie zrezygnuję z uprawiania alpinizmu. To jest sposób na życie. Nam brakuje tego rozrzedzonego powietrza, zapachu skały, skrzypiącego śniegu. Kiedy tylko możemy wyrywamy się tam, aby poczuć to jeszcze raz. Alpinizm jest jak nieuleczalna choroba. Każdy, kto w to wsiąkł, będzie to robił do końca - oczywiście na swoim poziomie, w sposób dopasowany do aktualnych możliwości. W odpowiednim momencie trzeba będzie umieć zrezygnować z himalaizmu. Skończy się gonitwa po świecie. Znajdę wtedy nowy cel.

- Pana synowie również się wspinają. Młodszy jest najlepszym polskim wspinaczem skałkowym. Czy chciałby Pan zabrać któregoś z nich ze sobą w Himalaje?

- Jeżeli oni zdecydowaliby się na to, aby robić to co ja, gdyby wykazali takie zainteresowania jak mam ja, - bo my tak naprawdę uprawiamy dwie różne dziedziny sportu w ramach jednej dyscypliny, - więc, gdyby chcieli, to ja bym ich zabrał. Zaopiekowałbym się nimi, przekazał wszystkie swoje doświadczenia. To, co robię jest bardziej niebezpieczne i mam nadzieję, że oni się na to nie zdecydują. Gdyby jednak ich zainteresowania poszły w stronę himalaizmu - zrobię wszystko, aby w ten świat śniegu i lodu weszli w miarę bezpiecznie. Wolałbym jednak, aby pozostali w tym co robią - we wspinaczce skałkowej. To jest bezpieczne. A w Himalajach statystyka jest prosta - ginie jeden na piętnastu.

- Skąd Pana fascynacja górami?

- Zaczęło się od niechęci do morza. Góry wlewały się w moje życie powoli. Zaczęło się od turystyki w Tatrach, potem turystyka przestała zaspokajać moje potrzeby i pojawił się alpinizm. Pierwsza wycieczka w Tatry to rok 1969, alpinizm zacząłem uprawiać w 1973. Potem też wszystko odbywało się metodą ewolucyjną - Alpy, później góry sześciotysięczne w Indiach, potem Pamir w Tadżykistanie. Dopiero na samym końcu, w 1990 roku, pojechałem w Himalaje. Moja przygoda z Himalajami trwa dopiero 11 lat.

- Ale jest to przygoda bardzo intensywna.

- Tak. Himalaje są stałym elementem mojego życia. Niektórych rzeczy nie można wytłumaczyć racjonalnie - one po prostu są. Nie umiemy wytłumaczyć dlaczego. Ten krajobraz bardziej mi odpowiada.

- A jak wyglądała Pana pierwsza poważna wyprawa?

- To była wyprawa w Pamir w 1989 roku. Wtedy sprawdziłem swój organizm. Następna premiera to już ośmiotysięcznik. Wybraliśmy jeden z najmniejszych - Gasherbrum II (8035 m) - na samym końcu masywu Karakorum. Myślę, że to był dobry wybór. Nie miałem jeszcze dużego doświadczenia wysokościowego. Było sporo czasu na aklimatyzację. Udało mi się wejść. Nie wiem, co by się stało gdybym nie wszedł, jak by się to dalej potoczyło...

- W jaki sposób przygotowuje się Pan do wypraw?

- Zazwyczaj następny projekt powstaje we mnie w czasie trwania poprzedniej wyprawy. Zastanawiam się wtedy nad następną górą. Rozmawiam z ludźmi - można nawet stworzyć trzon kolejnej wyprawy. Jest to przygotowanie koncepcyjne i psychologiczne. Przekonuję się do tej góry. Jeśli chodzi o przygotowanie kondycyjne - przez długi czas taki trening robiłem sobie sam w Łodzi. Wszyscy alpiniści robią to samo - biegi, jazda na rowerze, gry interwałowe, które wspomagają motorykę. Dopiero w tym roku rozpocząłem cykl profesjonalnych przygotowań - pojechałem na specjalne zgrupowanie w górach.

- Pracuje Pan na Politechnice Łódzkiej. W jaki sposób godzi Pan wspinaczkę z pracą naukową? Czy można to pogodzić?

- Jakoś godzę, ale zawsze ktoś na tym traci. Ja jako naukowiec straciłem dużo. Nauka jest zazdrosna jak kobieta - trzeba poświęcać jej dużo czasu. Nie można być jednocześnie wspaniałym naukowcem i wybitnym alpinistą. Tego się nie da czasowo pogodzić. Tracę na swojej pracy naukowej. W pewnym sensie traci również himalaizm. Nigdy nie chcę jednak zrezygnować ze swojej pracy politechnicznej. Uważam, że człowiekowi potrzebne są co najmniej dwie takie dziedziny życia w których może się realizować, sprawdzać. Choćby po to, aby zapewnić sobie komfort wobec ewentualnych zmian. Rozwój intelektualny odgrywa ogromną rolę, wspomaga moje drugie zainteresowanie - alpinizm. Poza tym - lubię studentów, lubię uczyć.

- Jakie są Pana inne zainteresowania? Co Pan robi, gdy się Pan nie wspina?

- To też góry... Czytam, poznaję nowe tendencje w alpinizmie. Ostatnio wziąłem się za dziennikarstwo - piszę o górach. To mnie wciąga. Nie piszę od razu książki. Po prostu chcę przekazać trochę z tego, co już się nauczyłem, co widziałem.
Mam w domu dwa zwierzaki - koty. Bardzo je lubię i to też jest moje hobby.

- Jak Pana rodzina znosi tak częste i długie Pańskie wyjazdy?

- To jest bolesne uczucie. Gdy się żegnamy na lotnisku mam odczucie, nie tylko ja, że być może widzimy się ostatni raz. Jest to pożegnanie, które tkwi w pamięci. W górach staram się jednak odrzucić tę świadomość - po to, aby nie myśleć, że coś się może ze mną stać. Jestem optymistą. Zakładam, i tak robią wszyscy, że nic złego nie może mi się stać, że śmierć w górach mnie nie dotyczy. Ten wzorzec optymizmu staram się praktykować w górach. Optymizm bardzo pomaga - pcha do góry.

Są oczywiście takie momenty w których trzeba umieć powiedzieć stop. Trzeba zawsze umieć ocenić szanse i koszty. Góra stoi, stała i będzie stać. To człowiek jest kruchy. Trzeba zawsze mieć zdrowy osąd sytuacji i wiedzieć, czy nie przekracza się granicy rozsądku. Nie jest sztuką pójść na siłę do góry, myśleć np. tylko o tym, że wyprawa kosztowała masę pieniędzy, i nie zwracać uwagi na inne koszty. Uważam, że na wyprawie Krzysia Wielickiego na Makalu zwyciężył rozsądek. Sprawił, że wyprawa ta jest postrzegana pozytywnie. Gdyby poszli o jeden stopień dalej i coś by się stało - na wyprawę spada odium. Tutaj było rycerskie odejście od góry i jasne powiedzenie: Panowie, przekraczamy granice rozsądku, wracamy. To jest bardzo dobre postawienie sprawy. Krzysztof i jego zespół zachowali zdrowy rozsądek. Nikt nie zginął, a oni zawsze mogą tam wrócić. Bogatsi o nowe doświadczenia, z większym szacunkiem wobec góry.

- A jak wygląda sprawa odpowiedzialności za współtowarzyszy w czasie wyprawy?

- Odpowiedzialność jest dwojaka. Po pierwsze kierownik wyprawy jest odpowiedzialny przed wszystkimi uczestnikami i przed sobą samym za wszystko, co się na tej wyprawie dzieje. Jest najbardziej obciążony. Poza tym, jest odpowiedzialność między partnerami. Oni się uzupełniają, odpowiadają za siebie. Kanony zachowań w górach mówią o tym, że nie odchodzimy od partnera, jesteśmy z nim cały czas, opiekujemy się sobą nawzajem, staramy się rozpoznawać co dzieje się z partnerem. I to jest ten drugi poziom odpowiedzialności - w zespołach wspinaczkowych. Potrzebna jest również pewna elastyczność i tolerancja, umiejętność rozwiązywania problemów i regulowania pracy zespołów. Najbardziej odpowiedzialny na całej wyprawie jest jednak kierownik. Na niego spada cały ciężar, on przeżywa największy stres. Wszystkiemu jest winny. Nie ma cukru - winny kierownik. Skończyły się trasery - kierownik. I tak zawsze. I na tym poziomie też to się często rozgrywa - na poziomie szczegółów.

- Jak wygląda sprawa stosunków między uczestnikami wypraw? Czasami przecież się nie znają, a muszą umieć sobie zaufać...

- Stosunki międzyludzkie na wyprawach są o wiele prostsze niż tu, w dolinach. Trzeba być wobec siebie uczciwym. Ta adrenalina, która tam jest sprawia, że ludziom spadają maski. Każdy jest sobą. Nie ma udawania, a jeśli ktoś nawet próbuje - od razu to po nim widać, po oczach. I to jest dobre. Czasem, gdy wracam z wyprawy, brakuje mi tej szczerości między ludźmi, widzę udawanie. Ale zawsze wiem, że góry czekają.


 
wywiad przeprowadzili i opracowali Anna Nowak i Roland Przedborski
 
powrót na początek strony | powrót do działu PUBLIC RELATIONS
 
home | firma | relacje inwestorskie | oferta | katalog/sklep | download | kontakt | e-mail
Designed by COMPLEX 2003