| -
Gratulujemy dziesiątego ośmiotysięcznika
w Koronie Himalajów. Jest Pan trzecim
Polakiem po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie
Wielickim, który stanął na szczycie
tej góry. Jakie to uczucie?
-
Powoli zaczyna docierać do mnie świadomość
tego, co się stało... i tego, co mogło
się stać... Mieliśmy szczęście. Spełniło
się nasze marzenie.
- Jaki przebieg miała wyprawa
na Kanczendzongę i czy warunki były
sprzyjające?
- Każda wyprawa w Himalaje zaczyna
się w punkcie startowym, którym jest
Katmandu. Ze stolicy Nepalu zawsze
podążamy dalej - na północ, jeśli
wybieramy się w okolice Makalu lub
Everestu, albo na wschód - tak jak
my tym razem - w stronę Pięciu Skarbnic
Wielkiego Śniegu, - czyli Kanczendzongi,
- która oddalona jest w linii prostej
o około 800 km od Katmandu. Rejon
Kanczendzongi jest odległy, słabo
zaludniony. Przez dłuższy czas nie
ma się tam w ogóle kontaktu z ludźmi.
Gdy w okolicy jest kilka wypraw, uczucie
samotności jest niwelowane pewnym
poziomem życia towarzyskiego w obozie.
My jednak byliśmy jedyną wyprawą w
okolicy Kanczendzongi - ani od strony
wschodniej czy północnej, ani też
od strony południowo-zachodniej, gdzie
my działaliśmy, nie było nikogo. Osiem
osób twarzą w twarz z Kanczendzongą.
-
Jak wyglądała trasa wyprawy?
-
Z Katmandu dojechaliśmy autobusem
do miejscowości Jiri, stamtąd helikopterem
dolecieliśmy do miejsca oddalonego
o około 200 km od Jiri. Helikopter
wylądował w Ramser. Nie jest to żadna
miejscowość - raczej punkt geograficzny
na wysokości 4300m. Tam spotkaliśmy
się z grupą tragarzy nepalskich, którzy
przebywali w tym miejscu od dwóch
dni z pozostałą częścią bagażu. W
Ramser zatrzymaliśmy się na 3-4 dni,
aby przejść proces aklimatyzacji.
Transport bagażu z Ramser do bazy
trwał 8 dni. Weszliśmy na wysokość
5300 m i tam zobaczyliśmy w pełnej
krasie cyrk lodowy Kanczendzongi.
W tym miejscu kończy się dolina. Bazę
ze wszystkich stron otaczały wysokie
góry.
- Jaką taktykę wspinania przyjęliście?
- Początkowo nasza wyprawa miała charakter
oblężniczy. W górę wychodziły zespoły
- podzieliliśmy się na dwa zespoły
trzyosobowe i jeden dwuosobowy. Jak
wygląda działalność takich zespołów?
Zespoły wychodzą w górę, wnoszą sprzęt,
jedzenie, torują drogę. Śpią w górze
jedną noc, zdobywają tam aklimatyzację
i wracają do bazy. Wychodziliśmy średnio
po 4 razy do góry.
Bardzo
długo nie mogliśmy założyć obozu pierwszego
- warunki pogodowe były bardzo ciężkie.
Codziennie padał śnieg. Parę razy
były tak wielkie opady, że musieliśmy
zrobić przerwy we wspinaniu, bo było
niebezpieczeństwo, że lawiny nas po
prostu pozabijają.
Góra,
gdy się na nią spojrzy, z pozoru wygląda
na niezbyt trudną. Tymczasem okazuje
się, że lodowiec jest bardzo zdradliwy,
uszczeliniony do tego stopnia, że
chodziliśmy związani liną dla bezpieczeństwa.
Tam gdzie wydawało się, że jest łatwo,
były zagrożenia ze strony spadających
lawin śnieżnych lub lodowych. Góra
ma bardzo duże nagromadzenie niebezpieczeństw.
Cała trudność Kanczendzongi polega
na tym, że jest ona zdradliwa, podpuszcza
- wygląda łatwo na pierwszy rzut oka,
a potem dopiero okazuje się, że jest
ciężko.
Druga
sprawa - byliśmy sami. Cała praca
związana z zabezpieczeniem drogi spadła
na osiem osób, potem na sześć, bo
dwie osoby wycofały się w trakcie
wyprawy.
- Kiedy założony został pierwszy
obóz?
- Jeszcze w kwietniu (27 kwietnia)
założyliśmy obóz I. Potem, po trzech
próbach, 3 maja udało nam się założyć
obóz II - dość wysoko - na 7100 m.
Wtedy nasza taktyka oblężnicza załamała
się zupełnie. Od II obozu wchodziliśmy
na szczyt w stylu alpejskim - niosąc
ze sobą namiot i rozstawiając biwaki.
Taktyka ta jest dość trudna dla uczestników.
Wymaga szybkiej aklimatyzacji, nie
ma w niej czasu na powrót, odpoczynek.
- Skąd ta zmiana taktyki?
- Gonił nas czas. Wiedzieliśmy, że
22 maja musimy wyjść z bazy. Do tego
czasu musieliśmy wejść na górę, wrócić
i czekać w bazie spakowani i przygotowani.
13 maja wiedzieliśmy już, że nie mamy
czasu na zakładanie obozu III i następnych.
Musieliśmy przejść w stylu alpejskim
przez te śniegi. A im wyżej, tym śniegu
było więcej. Temperatura utrzymywała
się cały czas ujemna. Podczas wejścia
szczytowego śniegu było po kolana,
a czasem nawet po pas. 13 maja mieliśmy
biwak na wysokości 7500 m w głębokiej
szczelinie lodowcowej, w której przysypywały
nas drobne lawiny. W nocy z 14/15
maja założyliśmy kolejny biwak na
wysokości 7900 m. Stamtąd doszliśmy
do wierzchołka. Widoczność była kiepska,
panowała mgła. Nie weszliśmy na sam
wierzchołek - zatrzymaliśmy się tuż
pod nim. Wierzenia tubylców nakazują
zatrzymać się przed wierzchołkiem,
aby nie zakłócać spokoju bogów mających
swą siedzibę na górze. Uszanowaliśmy
tę tradycję i zatrzymaliśmy się w
turniach podszczytowych. Nie naruszyliśmy
integralności siedziby bogów. Wraz
ze mną do szczytu dotarli: Martin
Schmidt, Brian Duthiers i Gonzalez
Velez.
- Jak ocenia Pan poziom trudności
Kanczendzongi w porównaniu z innymi
szczytami projektu Trzy Korony, które
jeszcze Pana czekają?
- Myślę, że jest to punkt zwrotny
w zdobywaniu Himalajów. Dwie góry,
które na mnie jeszcze czekają znam
już dobrze. Byłem tam i odbiłem się
od nich. Dwie pozostałe są niższe
- mają trochę ponad 8000 m - i myślę,
że nie sprawią mi kłopotu. Podstawą
do zdobycia Korony Himalajów jest
pięć szczytów: Mount Everest, K2,
Lhotse, Kanczendzonga i Makalu. Z
tej piątki pozostało mi tylko Makalu.
Kanczendzonga jest moim 10 ośmiotysięcznikiem
w Himalajach. Myślę, że była to wyprawa
przełomowa dla projektu Trzy Korony
i mam nadzieję, że od tego momentu
będzie już łatwiej.
- Skąd taki międzynarodowy
skład wyprawy? Czy przyczyną jest
brak młodych alpinistów w Polsce?
- Rzeczywiście, himalaistów w Polsce
z wystarczająco dobrym doświadczeniem,
takich, którzy mogą mieć szansę wejścia
na Kanczendzongę, jest niewielu. Aby
tam wejść trzeba mieć spore doświadczenie,
obycie alpinistyczne. Po drugie -
moi koledzy mogą mieć swoje plany,
niekoniecznie zbieżne z moimi. Po
trzecie - łatwiej jest zebrać międzynarodowy
skład z prostej przyczyny - dla przeciętnego
Amerykanina czy Szwajcara znalezienie
sumy 7-8 tysięcy dolarów nie jest
tak wielkim problemem, jakim jest
dla mnie czy moich kolegów. Jest tu
bariera finansowa. Jestem przekonany,
że gdyby nie ta bariera polski himalaizm
miałby bogatszą reprezentację. Zdolnych
ludzi jest sporo. Sprawa pieniędzy
ucina tę ilość.
- Czy sprawdził się pomysł
werbowania uczestników przez Internet?
Czy znał Pan ich wcześniej?
- Rzeczywiście, wszystkich uczestników
zwerbowałem przez Internet. Była to
wyprawa w 100% internetowa. Dwóch
uczestników znałem. Reszty nie. Miałem
na początku pewne obawy, choć wiedziałem
mniej więcej z kim mam do czynienia.
Sprawdziłem, kim są ci ludzie i jakie
mają dokonania w górach zanim odpowiedziałem
im pozytywnie. Wiedziałem, że mam
dobrych, sprawdzonych alpinistów.
Teraz takich wypraw organizowanych
przy pomocy Internetu jest coraz więcej.
Myślę, że to jest przyszłość. Choć
np. Japończycy, Koreańczycy organizują
tylko wyprawy narodowe.
- Swój pierwszy ośmiotysięcznik
zdobył Pan podczas wyprawy z Wandą
Rutkiewicz. Rutkiewicz zginęła właśnie
na Kanczendzondze. Czy wspomnienie
o tym nie sprawiło, że bał się Pan
tej góry bardziej niż innych?
- Na początku rzeczywiście trochę
się bałem. Po raz pierwszy o Kanczendzondze
zacząłem myśleć jakieś 3-4 lata temu.
Wtedy myślałem, że zostawię ją sobie
na sam koniec. Potem, po około 2 latach
stwierdziłem, że trzeba jednak wejść
na Kanczendzongę najpierw. I wtedy
świadomość tego, że na tej górze została
Wanda nie przeszkadzała mi już. Byliśmy
przyjaciółmi i jest to dość bolesne
wspomnienie, ale z drugiej strony
- minęło już osiem lat. Na tej górze
zostało wielu dobrych alpinistów i
ta świadomość była bardziej mobilizująca
do tego, aby dać z siebie wszystko.
- Jaka jest motywacja do takich
wypraw? Skąd pomysł na projekt Trzy
Korony?
- Oceniłem, że zdobycie tych brakujących
szczytów zajmie mi trzy lata. Okazuje
się, że trwa to już dwa, a w sumie
zajmie pięć. Dlaczego Trzy Korony?
Dlatego, że nikt na świecie tego jeszcze
nie zrobił! Wiem, że podobny projekt
- ale tylko dwóch koron - robi Słoweniec
Stepen B..... Zobaczymy, który z nas
wygra. A motywacja... Wewnętrzna potrzeba.
Poza tym himalaizm to nie tylko wyzwanie
sportowe - to wspaniała przygoda,
poznawanie różnych kultur, ludzi regionów.
To jest bardzo motywujące.
- Są alpiniści, których jedynym
celem jest tylko wejście na górę...
- Owszem, są. Ale dla mnie bardzo
ważny jest również aspekt poznawczy.
Często samo wejście na górę jest sformatowane,
czynności są powtarzalne. Oczywiście
wyszukiwanie trasy wejścia też jest
kreatywne, ale sam pobyt w okolicy
często jest ciekawszy od wspinania.
Jest to czas, kiedy przebywamy w sferze
zupełnie innej tradycji, kultury,
religii, wartości. Inne jest tempo
życia, mentalność. Nie mówię już o
samej przyrodzie, która jest wspaniała.
- Realizacja projekty Trzy
Korony jeszcze trochę potrwa. Czy
myśli Pan o tym, co będzie dalej?
- Na pewno będzie coś ciekawego. Nie
mam zamiaru nagle zniknąć. Nie będzie
łatwo wyjść nagle z tak szybkiego
tempa życia. Na pewno nie zrezygnuję
z uprawiania alpinizmu. To jest sposób
na życie. Nam brakuje tego rozrzedzonego
powietrza, zapachu skały, skrzypiącego
śniegu. Kiedy tylko możemy wyrywamy
się tam, aby poczuć to jeszcze raz.
Alpinizm jest jak nieuleczalna choroba.
Każdy, kto w to wsiąkł, będzie to
robił do końca - oczywiście na swoim
poziomie, w sposób dopasowany do aktualnych
możliwości. W odpowiednim momencie
trzeba będzie umieć zrezygnować z
himalaizmu. Skończy się gonitwa po
świecie. Znajdę wtedy nowy cel.
- Pana synowie również się
wspinają. Młodszy jest najlepszym
polskim wspinaczem skałkowym. Czy
chciałby Pan zabrać któregoś z nich
ze sobą w Himalaje?
- Jeżeli oni zdecydowaliby się na
to, aby robić to co ja, gdyby wykazali
takie zainteresowania jak mam ja,
- bo my tak naprawdę uprawiamy dwie
różne dziedziny sportu w ramach jednej
dyscypliny, - więc, gdyby chcieli,
to ja bym ich zabrał. Zaopiekowałbym
się nimi, przekazał wszystkie swoje
doświadczenia. To, co robię jest bardziej
niebezpieczne i mam nadzieję, że oni
się na to nie zdecydują. Gdyby jednak
ich zainteresowania poszły w stronę
himalaizmu - zrobię wszystko, aby
w ten świat śniegu i lodu weszli w
miarę bezpiecznie. Wolałbym jednak,
aby pozostali w tym co robią - we
wspinaczce skałkowej. To jest bezpieczne.
A w Himalajach statystyka jest prosta
- ginie jeden na piętnastu.
- Skąd Pana fascynacja górami?
- Zaczęło się od niechęci do morza.
Góry wlewały się w moje życie powoli.
Zaczęło się od turystyki w Tatrach,
potem turystyka przestała zaspokajać
moje potrzeby i pojawił się alpinizm.
Pierwsza wycieczka w Tatry to rok
1969, alpinizm zacząłem uprawiać w
1973. Potem też wszystko odbywało
się metodą ewolucyjną - Alpy, później
góry sześciotysięczne w Indiach, potem
Pamir w Tadżykistanie. Dopiero na
samym końcu, w 1990 roku, pojechałem
w Himalaje. Moja przygoda z Himalajami
trwa dopiero 11 lat.
- Ale jest to przygoda bardzo
intensywna.
- Tak. Himalaje są stałym elementem
mojego życia. Niektórych rzeczy nie
można wytłumaczyć racjonalnie - one
po prostu są. Nie umiemy wytłumaczyć
dlaczego. Ten krajobraz bardziej mi
odpowiada.
- A jak wyglądała Pana pierwsza
poważna wyprawa?
- To była wyprawa w Pamir w 1989 roku.
Wtedy sprawdziłem swój organizm. Następna
premiera to już ośmiotysięcznik. Wybraliśmy
jeden z najmniejszych - Gasherbrum
II (8035 m) - na samym końcu masywu
Karakorum. Myślę, że to był dobry
wybór. Nie miałem jeszcze dużego doświadczenia
wysokościowego. Było sporo czasu na
aklimatyzację. Udało mi się wejść.
Nie wiem, co by się stało gdybym nie
wszedł, jak by się to dalej potoczyło...
- W jaki sposób przygotowuje
się Pan do wypraw?
- Zazwyczaj następny projekt powstaje
we mnie w czasie trwania poprzedniej
wyprawy. Zastanawiam się wtedy nad
następną górą. Rozmawiam z ludźmi
- można nawet stworzyć trzon kolejnej
wyprawy. Jest to przygotowanie koncepcyjne
i psychologiczne. Przekonuję się do
tej góry. Jeśli chodzi o przygotowanie
kondycyjne - przez długi czas taki
trening robiłem sobie sam w Łodzi.
Wszyscy alpiniści robią to samo -
biegi, jazda na rowerze, gry interwałowe,
które wspomagają motorykę. Dopiero
w tym roku rozpocząłem cykl profesjonalnych
przygotowań - pojechałem na specjalne
zgrupowanie w górach.
- Pracuje Pan na Politechnice
Łódzkiej. W jaki sposób godzi Pan
wspinaczkę z pracą naukową? Czy można
to pogodzić?
- Jakoś godzę, ale zawsze ktoś na
tym traci. Ja jako naukowiec straciłem
dużo. Nauka jest zazdrosna jak kobieta
- trzeba poświęcać jej dużo czasu.
Nie można być jednocześnie wspaniałym
naukowcem i wybitnym alpinistą. Tego
się nie da czasowo pogodzić. Tracę
na swojej pracy naukowej. W pewnym
sensie traci również himalaizm. Nigdy
nie chcę jednak zrezygnować ze swojej
pracy politechnicznej. Uważam, że
człowiekowi potrzebne są co najmniej
dwie takie dziedziny życia w których
może się realizować, sprawdzać. Choćby
po to, aby zapewnić sobie komfort
wobec ewentualnych zmian. Rozwój intelektualny
odgrywa ogromną rolę, wspomaga moje
drugie zainteresowanie - alpinizm.
Poza tym - lubię studentów, lubię
uczyć.
- Jakie są Pana inne zainteresowania?
Co Pan robi, gdy się Pan nie wspina?
- To też góry... Czytam, poznaję nowe
tendencje w alpinizmie. Ostatnio wziąłem
się za dziennikarstwo - piszę o górach.
To mnie wciąga. Nie piszę od razu
książki. Po prostu chcę przekazać
trochę z tego, co już się nauczyłem,
co widziałem.
Mam w domu dwa zwierzaki - koty. Bardzo
je lubię i to też jest moje hobby.
- Jak Pana rodzina znosi tak
częste i długie Pańskie wyjazdy?
- To jest bolesne uczucie. Gdy się
żegnamy na lotnisku mam odczucie,
nie tylko ja, że być może widzimy
się ostatni raz. Jest to pożegnanie,
które tkwi w pamięci. W górach staram
się jednak odrzucić tę świadomość
- po to, aby nie myśleć, że coś się
może ze mną stać. Jestem optymistą.
Zakładam, i tak robią wszyscy, że
nic złego nie może mi się stać, że
śmierć w górach mnie nie dotyczy.
Ten wzorzec optymizmu staram się praktykować
w górach. Optymizm bardzo pomaga -
pcha do góry.
Są
oczywiście takie momenty w których
trzeba umieć powiedzieć stop. Trzeba
zawsze umieć ocenić szanse i koszty.
Góra stoi, stała i będzie stać. To
człowiek jest kruchy. Trzeba zawsze
mieć zdrowy osąd sytuacji i wiedzieć,
czy nie przekracza się granicy rozsądku.
Nie jest sztuką pójść na siłę do góry,
myśleć np. tylko o tym, że wyprawa
kosztowała masę pieniędzy, i nie zwracać
uwagi na inne koszty. Uważam, że na
wyprawie Krzysia Wielickiego na Makalu
zwyciężył rozsądek. Sprawił, że wyprawa
ta jest postrzegana pozytywnie. Gdyby
poszli o jeden stopień dalej i coś
by się stało - na wyprawę spada odium.
Tutaj było rycerskie odejście od góry
i jasne powiedzenie: Panowie, przekraczamy
granice rozsądku, wracamy. To jest
bardzo dobre postawienie sprawy. Krzysztof
i jego zespół zachowali zdrowy rozsądek.
Nikt nie zginął, a oni zawsze mogą
tam wrócić. Bogatsi o nowe doświadczenia,
z większym szacunkiem wobec góry.
- A jak wygląda sprawa odpowiedzialności
za współtowarzyszy w czasie wyprawy?
- Odpowiedzialność jest dwojaka. Po
pierwsze kierownik wyprawy jest odpowiedzialny
przed wszystkimi uczestnikami i przed
sobą samym za wszystko, co się na
tej wyprawie dzieje. Jest najbardziej
obciążony. Poza tym, jest odpowiedzialność
między partnerami. Oni się uzupełniają,
odpowiadają za siebie. Kanony zachowań
w górach mówią o tym, że nie odchodzimy
od partnera, jesteśmy z nim cały czas,
opiekujemy się sobą nawzajem, staramy
się rozpoznawać co dzieje się z partnerem.
I to jest ten drugi poziom odpowiedzialności
- w zespołach wspinaczkowych. Potrzebna
jest również pewna elastyczność i
tolerancja, umiejętność rozwiązywania
problemów i regulowania pracy zespołów.
Najbardziej odpowiedzialny na całej
wyprawie jest jednak kierownik. Na
niego spada cały ciężar, on przeżywa
największy stres. Wszystkiemu jest
winny. Nie ma cukru - winny kierownik.
Skończyły się trasery - kierownik.
I tak zawsze. I na tym poziomie też
to się często rozgrywa - na poziomie
szczegółów.
- Jak wygląda sprawa stosunków
między uczestnikami wypraw? Czasami
przecież się nie znają, a muszą umieć
sobie zaufać...
- Stosunki międzyludzkie na wyprawach
są o wiele prostsze niż tu, w dolinach.
Trzeba być wobec siebie uczciwym.
Ta adrenalina, która tam jest sprawia,
że ludziom spadają maski. Każdy jest
sobą. Nie ma udawania, a jeśli ktoś
nawet próbuje - od razu to po nim
widać, po oczach. I to jest dobre.
Czasem, gdy wracam z wyprawy, brakuje
mi tej szczerości między ludźmi, widzę
udawanie. Ale zawsze wiem, że góry
czekają.
|